Niema, smutna harfa, na Zorzy podmuchy
Czekająca, ma dusza - pokorna jak święci
I nie dbająca wcale, iż jest w niepamięci
U ludzi, których błądzące są duchy...
Jestem w samotności, samotny bez miary;
Rozmyślaniem uparte tępię swoje grzechy,
A na mych ustach kwitną przedziwne uśmiechy,
Iż tak bolesnym jest - czynić ofiary...
*
* *
Ach! bo moje serce, w ciszy, wielkim szlochem
Łka od jadu, co w łonie samicy wyrasta,
I nie może zrozumieć, że wszelka niewiasta,
Jeśli nie matką jest, to tylko prochem...
I nie chcę pojąć mózg w swej dumy niebiosach,
Że przepych jego marzeń to szpitalna sala,
Gdzie nadzieja, w agonii, jękiem się użala,
Żółtawa, z pękiem robaków we włosach!
*
* *
Więc, łamiąc złość moją i bratnich pokoleń
Pieśnią na cyprysowej wiszącą gałęzi,
Czekam: Rychło ją wyrwie Pan Jasny z uwięzi
I hymnem we mnie uderzy Wyzwoleń
Szedłem. Ciało się gięło moje z wyczerpania;
Gwiazdy nieme z wolna gasły pożegnania w niebie;
Szedłem, samotnie łkając na słońca pogrzebie
Między krukami nocy, w krainie wygnania.
Szedłem bez odpoczynku - mimo że ku winie
Zdrożnie żywot się skłania, ani razu przecie
Nie złorzeczyłem tobie, o ty, wonny kwiecie
Miłości, który kwitniesz o skrytej godzinie.
I oto godzina, słodka jako miody,
Niebieska i różowa, dzwoniąc w ranną ciszę,
Raduje się, iż moje pragnienie kołysze
Na falach pieśni pełnej anielskiej nagrody.
O, głębokie wołanie, które szczęście wskrzesza,
Pieszcząc jasną nadzieją dawnych dobrych czasów,
Rozlega się wśród ciemnej okropności lasów,
Gdzie moja dusza głowę, bolejącą, zwiesza...
Lecz pokój! Trud przemknął, lęk, zawrót otchłani, -
Oto spokój magiczny wśród płomieni lotnych,
Oto wino spragnionych, jasny chleb samotnych
I sen pod spojrzeniami Miłującej Pani.