Po zachodzie słońc krwawych, kiedy noc przepastną
Ciemnością świat ogarnia, niech tylko się pali
Jedna jedyna lampa; inne, niechaj zgasną!

Lampo mojej miłości, zgaśnij: Ze szpitali
Twój żar; i oto wlewasz wstręt, przesyt i nudę
W łono moje ze spiżu i w jej pierś z konwalii...

Lampo mojej nadziei, zgaśnij: rodzisz złudę,
I widzę, jak przyciągasz blasków swych alchemią
Na ogrody snów moich ciężkie chmury rude...

Lampo mej wiary, zgaśnij: twe płomienie drzemią,
Mętne, a wstają tylko w chwili przerażenia,
Gdy śmierć grozi nicością i cmentarną ziemią...

A ty jedna trwaj, lampo mojego sumienia!


O niewiasto, wyryłem na ruin kamieniu
Imię twe, by spoczęło w zapomnienia cieniu,
Pośród roślin goryczy i głuchych nopalów...
Myśli, co w głębi czaszek zawodzą pieśń żalów,
Załkały konwulsyjnie nad smutnym mozołem
Rąk mych, usypiających życie pod popiołem
I rzucających serca żywy, święty przepych,
Niby drżące węzgłowie, dla robaków ślepych!...
O śnie! nędznym jest koniec ekstaz prawowiernych -
Znikomość!
Lecz ja krzyczę do gwiazd miłosiernych:
Wieczyste! weźcie w swoje świetlane łańcuchy
Wszelkie po zmarłym szczęściu owdowiałe duchy!