Wszystko co było, było tylko snem...
Ale sen każdy posiada znaczenie,
A ja w swym mózgu blask mam i widzenie
I o ciemnościach rzeczy - dużo wiem.
Poza zwierciadłem żyłem Wschodnich Mórz,
W dziedzinach, kędy rozmyślają magi
I marmurowe drzemią sarkofagi
Z popiołem Wieków i światłością zórz...
I mógłbym ludziom prawić wiele słów,
Jedne zabójcze, a inne rodzące...
Lecz ty co życie masz na jawie śpiące,
Pomyślisz pewnie, że to szereg snów?
I sprzecznie powiesz:"Po co tyle słów?
Niechajże palec zamyka nam usta:
O mowo ludzka, ty jesteś taka pusta,
Kiedy nadeszła już godzina snów!..."
Więc oto milczę, jak nieznany bóg,
Przybywający tajemnie w Tułaczu,
Przed którym, mimo duszy ludzkiej płaczu,
Wciąż zamykasz niegościnny próg!
Tyś piękna jak gwiazdy, a dusza twoja biała,
A giętkość błyskawicy jest gibkość twego ciała.
Powiew wiosenny kona, drżąc, na mej jasnej twarzy,
Odgłos mych stąpań jak pieśnią odległych miraży.
W złotym dzbanie wody czerpiesz ze spokojnej studni,
Promienna cała od blasków czarownych południ.
Podlewam pragnień kwiaty, których wonne wachlarze,
Chyląc się, omdlewają w słońca namiętnym żarze.
Na wzgórzu stajesz, gdy zapada wieczór uroczy,
I w dal idą zmierzchową twoje przedziwne oczy.
A ręce me posyłają swe białe wołania
I wzywają cię imieniem mojego kochania.
W tobie spełnienie pragnień i życia cel się mieści,
A serce otwiera na jakieś dziwne wieści.
Moje kolana, kędy drzemią spadki taneczne,
Szepczą zwierzenia długie i zaklęcia odwieczne.
Dusza się ma spowiada w marzeniu twoich oczu,
A ręce się radują w cienistym twym warkoczu.
Huśtawką jestem z światła, z wahań się jasnych pieśni,
A mój wybrany przy mnie w rozkoszy życie prześni.
Zwierciadłem jesteś cudów, zaklętym i bez zmazy,
A w nim goreje płomień wieczystych dusz ekstazy.
Zaiste, bracie, dziwnie gdy mówią Proroki:
Nie wiedzieć, czy ich słowo żywi, czy zabija?
Czasem w granatu kwiecie ukrywa się żmija,
Czasem w szczelinach ruin rosy lśnią uroki.
Umysł ludzki jest jako ocean głęboki,
Tym głębszy, iż się niebo w nim chmurne odbija...
A duszy naszej narcyz, biały jak lilija,
Tym bielszy, iż schylony nad głębią, gdzie mroki.
I tak wszystko! Płomiennych ogni stos - spowija
Ziemny, nieunikniony dym w głuche obłoki -
A z gór patrzący, widzi: człowiek idzie - mija...
A tylko puste słychać w uszach kroki, kroki...