Szedłem. Ciało się gięło moje z wyczerpania;
Gwiazdy nieme z wolna gasły pożegnania w niebie;
Szedłem, samotnie łkając na słońca pogrzebie
Między krukami nocy, w krainie wygnania.

Szedłem bez odpoczynku - mimo że ku winie
Zdrożnie żywot się skłania, ani razu przecie
Nie złorzeczyłem tobie, o ty, wonny kwiecie
Miłości, który kwitniesz o skrytej godzinie.

I oto godzina, słodka jako miody,
Niebieska i różowa, dzwoniąc w ranną ciszę,
Raduje się, iż moje pragnienie kołysze
Na falach pieśni pełnej anielskiej nagrody.

O, głębokie wołanie, które szczęście wskrzesza,
Pieszcząc jasną nadzieją dawnych dobrych czasów,
Rozlega się wśród ciemnej okropności lasów,
Gdzie moja dusza głowę, bolejącą, zwiesza...

Lecz pokój! Trud przemknął, lęk, zawrót otchłani, -
Oto spokój magiczny wśród płomieni lotnych,
Oto wino spragnionych, jasny chleb samotnych
I sen pod spojrzeniami Miłującej Pani.


Pewnego dnia, o droga, będzie tak, że cienie 
Przeszłości pięknej pójdą twoim śladem,
Tak białe tu - gdzie czerń i omroczenie
Dni utraconych, szarych, ciężkich, bladych -
Tonących w smutku, na tej ruin scenie.

Łkając, samotna, w dźwiękach dzwonu twardych,
Gdy Przeszłość mrze i płyną łez strumienie,
Odejdziesz, wnet pogrążysz się w półcienie -
Pewnego dnia.

Smutku dziś żadne nie nawiedza tchnienie
Serca, bo senne jest niewiedzy śladem...
Lecz żal ci będzie statku, który ginie -
Bo pozostała nadal wśród fal bladych
Wyspa pachnących bzów, śpiewów upartych -
Pewnego dnia.