Zaiste, bracie, dziwnie gdy mówią Proroki:
Nie wiedzieć, czy ich słowo żywi, czy zabija?
Czasem w granatu kwiecie ukrywa się żmija,
Czasem w szczelinach ruin rosy lśnią uroki.
Umysł ludzki jest jako ocean głęboki,
Tym głębszy, iż się niebo w nim chmurne odbija...
A duszy naszej narcyz, biały jak lilija,
Tym bielszy, iż schylony nad głębią, gdzie mroki.
I tak wszystko! Płomiennych ogni stos - spowija
Ziemny, nieunikniony dym w głuche obłoki -
A z gór patrzący, widzi: człowiek idzie - mija...
A tylko puste słychać w uszach kroki, kroki...
Na smutnej bieli Księgi, wszystkich dni przeżytych
Świadectwa, niechaj przez cud trudzący wytrwałości,
Gdy tego chcę, marzenie moje wnet zagości,
Zastygając w tajemne szyfry znaków skrytych.
Cielesna piękność moja: tak kruchy ornament,
Który w ucieczce swojej czas gorzko doświadcza;
Młodość ma, ponad którą dłoń Anioła władcza;
- Całym jest gotów przyjąć dziś Oczarowanie.
Wiemże to jakie będzie? lecz przeczuwam przecie
- O, źródło cienia, lecz i jasności w tym świecie -
Wedle daru pewnego czytania w przyszłości:
Wśród równiny ogromnej, co w dal się rozszerza,
Zawsze Błękitu pragnąc, pełen zachłanności,
Płomienny kwiat miłości, składany w ofierze.
W ogrodach śmierci zerwałem irysy,
Jasności smutnej kwiaty rozłączenia;
Na sarkofagach czytałem napisy,
Mające więcej dla żywych znaczenia,
Niżeli księgi Mojżesza i Isy:
Więc lutnię Moją oprę o cyprysy,
Owe milczące kolumny Wspomnienia!