W każdy wieczór, gdy sen oczy skleja
I sam jestem, przesiąknięty cieniem
Widzę zjawę. Pająk tym widzeniem -
Tarantula nocy, nadzieja.
Czy w tajemnym pokoju się kryje?
Niepokoi, a kocham ja przecież.
Ciągle muska dłoń moją, jak kwiecie -
Tarantula nocy, nadzieja.
Wiedzą, jasną tak, ciągle pełniejąc
Stopę od stołu, przy którym piszę,
Czuwać będzie wciąż, na ścianie, w ciszy -
Tarantula nocy, nadzieja.
I ta - moja pieśń - pełna jest cieni,
Smutek, wbrew woli mej, w niej się błąka -
Bo ciągle żyje w niej dusza pająka -
Tarantuli nocy, nadziei.
Zdmuchnięte świece, dymy tężeją.
Nieruchomy, wciąż czai się pająk;
Znika - wraca znów: przędący majak -
Co tarantulą nocy, nadzieją.
Nieuchwytna, na stropie czernieje,
Nad mym sercem, co wciąż drżenia pełne,
I w milczeniu tak - snuje swą wełnę -
Tarantula nocy, nadzieja.
Przędzie uparcie - skórę mi grzeje
Sukno tkane ze snu i z marzenia,
Co wydłuża się, jedwabiem mieni -
- Tarantula nocy, nadzieja.
Przędzie: czuję jak ciało okleja
Suknia, która prośbą nasiąka,
Odchodzącym dana przez pająka -
Tarantulę nocy, nadzieję.
Marian Stala
Z miłości konam! Gdybyż poznać cię, źrenico
Uczucia! Kochanku mój - weź ofiarny dar
Nieskalanego ciała! W jakimż blasku trwam,
Objawiającym ciągle moją moc magiczną!
Tego wieczoru, w myślach, przeklęłam swą czystość,
Najcudowniejszą Lilię! Moje złote ręce
Sczerniały śmiercią Róży, dotychczas nie tkniętej,
Aby radować mogła Cię jej promienistość!
O, Ty!
Szalona jestem! A straszna lustrzaność
Stawu, w którym samotna w tym ogrodzie śpiącym
W świetle niebieskiej gwiazdy moja nagość drżąca -
Rozdziera mnie i rzuca wciąż w trwogi odchłanność!
Więc swym gwałtownym krzykiem przerywam milczenie
Dziewiczego pejzażu i rozrzucam włosy,
Bo wszystko wokół marzy o Promieniu, Mocy
Kochanka nieznanego, co źródłem cierpienia!
Na próżno!
Noc uchodzi; wiatr się śmieje, trąca
Odrażające Lilie, wyniesione w górę,
Ku żagwiącemu słońcu, co męczy torturą -
Wieczną nieobecnością, której nie ma końca!
I która się nie skończy. Wiedzieć się kwitnieniem,
Pełnią samego życia!
Opętanie skonem
Błyskające w sztyletu świetle roziskrzonym -
Nie potrafisz ty nigdy być mi : Wyzwoleniem!
Ziemio: żarłoczna, czarna! Moja postać jutro
Nie dotknie twego łona, co przyjmuje wszystko.
Nie spoczną tu popioły me, akordy czyste
Mego boskiego ciała! Nadzieja, okrutna
Miłością olśniewając, zawsze! omdlewanie
Błękitu tak smutnego, los utrwala w biegu
Wiecznym, który stawia mnie Samotną na brzegu
Przepaści, opętana wiecznym przyciąganiem.