A był dzień siódmy czasu, co niegdyś zburzony.
Bóg, zanurzony w marzeń swoich oceanie,
Zwieńczające cię dzieło zgłębia nieustannie,
O, stworzonego świata kształcie niezmierzony!

Pod pniem drzewa znużonym owocu nadmiarem,
Zginającym gałęzie, kipiącym od soku,
Promieniejący Adam, przy nim Ewa, z boku:
Śpi niby, lecz dźwięk każdy słyszy, jakby czarem.

Ich lśniące, nagie ciała, wspaniałej białości,
W wonnej trawie ukryte, drżą w smugach światłości,
Którą wschodzące słońce w Ogrodzie rozpręża.

I stoi Bóg przed nimi dwojgiem w uniesieniu -
I nagle wzdryga się, bo - z wyżyn do korzeni
Istności swej, przeczuwa pełznącego Węża.


Panie, przedziwna radość rozjaśnia mi serce,
Iż nareszcie mój rozum, który był w rozterce
Srogiej i bezlitosnej z moją duszą białą,
Tak, że krew z ran obojga tryskała nawałą
Żywą i ich w purpurze kąpała męczarnie,
Teraz stał się jej sługą i nosi latarnię
Przed nią, gdy noc zapada. I dobrze tak czyni,
Albowiem, jak Murzynka, czarna morderczyni
Jasnych chłopców i dziewcząt naszych, ciemność głucha
Czyha, błyskając ślepiem złym, z którego bucha
Jakiś urok, śmiertelny, jak zatrute noże,
Jakiś obłęd tajemny, co wiedzie w bezdroże...