A był dzień siódmy czasu, co niegdyś zburzony.
Bóg, zanurzony w marzeń swoich oceanie,
Zwieńczające cię dzieło zgłębia nieustannie,
O, stworzonego świata kształcie niezmierzony!

Pod pniem drzewa znużonym owocu nadmiarem,
Zginającym gałęzie, kipiącym od soku,
Promieniejący Adam, przy nim Ewa, z boku:
Śpi niby, lecz dźwięk każdy słyszy, jakby czarem.

Ich lśniące, nagie ciała, wspaniałej białości,
W wonnej trawie ukryte, drżą w smugach światłości,
Którą wschodzące słońce w Ogrodzie rozpręża.

I stoi Bóg przed nimi dwojgiem w uniesieniu -
I nagle wzdryga się, bo - z wyżyn do korzeni
Istności swej, przeczuwa pełznącego Węża.


A potem z pnia  mojego stanę się okrętem,
Abym się z wód ogromnym borykał zamętem,
Kiedy nadejdą burze, utkane z błyskawic
I z piorunów, co rzuci moc szatańskich prawic
Na Korabia mojego poświęcone deski,
Unoszące gołębic biel i cud niebieski.

A potem jam Zwycięstwo nadane mi chrzestem,
Którym, na zawołanie Silnych mówię: "Jestem!
W chwale chrobrych wojowań, co zbudziły śpiące,
I z uśmiechem królowań, zapatrzonych w Słońce"