Więc ciągle twoje oczy liczą fiołki leśne
- Jeden, sto, potem tysiąc - daleko od dróg?
I nie pozwolisz nigdy, bym kołysać mógł
Jak na huśtawce, ciebie, pogrążoną we śnie?

Jesteś żywym obrazem między paletami
Ułożonymi z kwiatów - bzów i georginii,
Co światłością park zdobią. Tam głos ludzki ginie,
Aby łkał strumień, co wciąż odbiciem nas mami.

Niebo błękitne, niebo kwitnie motylami;
Powiedz, krzykniemy smutkom twoim: "Z jaskółkami
Uciekamy daleko, daleko w marzenie?"

Jak za ten pocałunek, co tak wzruszający,
Bo najprawdziwszy w świecie, nie dziękować słońcu,
Że Rosarium Miłości wznosi wśród pustyni!


Szedłem. Ciało się gięło moje z wyczerpania;
Gwiazdy nieme z wolna gasły pożegnania w niebie;
Szedłem, samotnie łkając na słońca pogrzebie
Między krukami nocy, w krainie wygnania.

Szedłem bez odpoczynku - mimo że ku winie
Zdrożnie żywot się skłania, ani razu przecie
Nie złorzeczyłem tobie, o ty, wonny kwiecie
Miłości, który kwitniesz o skrytej godzinie.

I oto godzina, słodka jako miody,
Niebieska i różowa, dzwoniąc w ranną ciszę,
Raduje się, iż moje pragnienie kołysze
Na falach pieśni pełnej anielskiej nagrody.

O, głębokie wołanie, które szczęście wskrzesza,
Pieszcząc jasną nadzieją dawnych dobrych czasów,
Rozlega się wśród ciemnej okropności lasów,
Gdzie moja dusza głowę, bolejącą, zwiesza...

Lecz pokój! Trud przemknął, lęk, zawrót otchłani, -
Oto spokój magiczny wśród płomieni lotnych,
Oto wino spragnionych, jasny chleb samotnych
I sen pod spojrzeniami Miłującej Pani.