Więc ciągle twoje oczy liczą fiołki leśne
- Jeden, sto, potem tysiąc - daleko od dróg?
I nie pozwolisz nigdy, bym kołysać mógł
Jak na huśtawce, ciebie, pogrążoną we śnie?

Jesteś żywym obrazem między paletami
Ułożonymi z kwiatów - bzów i georginii,
Co światłością park zdobią. Tam głos ludzki ginie,
Aby łkał strumień, co wciąż odbiciem nas mami.

Niebo błękitne, niebo kwitnie motylami;
Powiedz, krzykniemy smutkom twoim: "Z jaskółkami
Uciekamy daleko, daleko w marzenie?"

Jak za ten pocałunek, co tak wzruszający,
Bo najprawdziwszy w świecie, nie dziękować słońcu,
Że Rosarium Miłości wznosi wśród pustyni!


Iż wczoraj smutny byłem, pani
I dzisiaj smutek mnie omotał -
Powinnaś była przyjść, o Złota,
Rozjaśnić mroki mych otchłani.

Bom zagarnięty przez ciemności,
Obawa serce me zacienia -
I czuję już chłód przygnębienia
Trawiący cicho me wnętrzności.

Nie powitałem nadchodzącej.
I sam zostałem, wciąż słuchając
Umarłych liści, co szlochając
Wirują, nikną gdzieś pod słońcem!

I jest tu - jakby pióra ptaków
Śmiertelne rannych, gdzieś w błękitach
Okrutny wicher w dal rozsypał,
W ciszy porannej, w mgieł orszaku.