Iż wczoraj smutny byłem, pani
I dzisiaj smutek mnie omotał -
Powinnaś była przyjść, o Złota,
Rozjaśnić mroki mych otchłani.

Bom zagarnięty przez ciemności,
Obawa serce me zacienia -
I czuję już chłód przygnębienia
Trawiący cicho me wnętrzności.

Nie powitałem nadchodzącej.
I sam zostałem, wciąż słuchając
Umarłych liści, co szlochając
Wirują, nikną gdzieś pod słońcem!

I jest tu - jakby pióra ptaków
Śmiertelne rannych, gdzieś w błękitach
Okrutny wicher w dal rozsypał,
W ciszy porannej, w mgieł orszaku.


Po zachodzie słońc krwawych, kiedy noc przepastną
Ciemnością świat ogarnia, niech tylko się pali
Jedna jedyna lampa; inne, niechaj zgasną!

Lampo mojej miłości, zgaśnij: Ze szpitali
Twój żar; i oto wlewasz wstręt, przesyt i nudę
W łono moje ze spiżu i w jej pierś z konwalii...

Lampo mojej nadziei, zgaśnij: rodzisz złudę,
I widzę, jak przyciągasz blasków swych alchemią
Na ogrody snów moich ciężkie chmury rude...

Lampo mej wiary, zgaśnij: twe płomienie drzemią,
Mętne, a wstają tylko w chwili przerażenia,
Gdy śmierć grozi nicością i cmentarną ziemią...

A ty jedna trwaj, lampo mojego sumienia!